Blog o podróżowaniu, smakowaniu i poznawaniu. Czego? Wszystkiego! Historii, kuchni, religii, zawodów…
facebookpinterest google-plusinstagramyoutube

Sport narodowy – targowanie się!



20141021_142624

(Tekst zawiera kilka prostych rad, wypracowanych na podstawie własnych doświadczeń. Autor nie bierze odpowiedzialności za zdarzenia wynikające z zastosowania się do poniższych wskazówek. Wszelkie podobieństwa, i tak dalej, są przypadkowe.)

P1080898

Złośliwi mówią, że gdyby na olimpiadzie dopuszczono dyscyplinę pt. „targowanie się” to reprezentacja znad Bosforu złoty medal miałaby zapewniony na starcie. Może i jest w tym odrobinę przesady, ale trzeba przyznać, że wybierając się na bazar należy zarezerwować trochę więcej czasu. Negocjacja ceny jest tu nie tylko dozwolona, ale wręcz pożądana. W dobrym guście. Niecierpliwi niech lepiej wybiorą się do supermarketu. Jeżeli natomiast lubimy zatracać się w nawiązywaniu krótkich pogawędek, próbowaniu różnych smaków herbat, orzeszków, wąchaniu przeróżnych przypraw, idźmy na targowisko.

Krótkie zwroty w każdym języku świata, rozpoznawanie narodowości na podstawie wyrazu twarzy, nagabywanie przechodniów – to wszystko musi potrafić przeciętny sprzedawca stacjonujący w miejscowości turystycznej. Tutaj także sprawdza się zasada – nic za darmo. Za zakupy w kurorcie przyjdzie nam zapłacić wyższą marżę. Miejscowi wychodzą z założenia, że skoro turystę stać było na wykupienie wakacji w ich pięknym kraju, to na pewno stać go też na wygórowaną cenę jakże niepowtarzalnego towaru („Turkish original, my friend!”) z ich straganu. Jeżeli mamy taką możliwość warto poszukać jakiegoś „nie-turystycznego” bazaru.

P1080950

Mamy dwa rodzaje bazarów. Jest stały, na który możemy pójść codziennie. Są też takie, które w jednej miejscowości pojawiają się raz albo dwa razy w tygodniu, objazdowe. Gdy już skierujemy swoje kroki w kierunku skupiska ludzi i straganów, ale jeszcze zanim znajdziemy się w samym środku tego rozgardiaszu, musimy uświadomić sobie jedną rzecz. Turcy z natury są narodem kontaktowym, a kupcy z racji swojego fachu starają się wnieść umiejętność nawiązywania relacji z przechodniami do perfekcji. Już w tym momencie uzyskują nad nami przewagę. Wystarczy im tylko chwila naszego zawahania (podejść i obejrzeć towar, czy nie podejść?) i nagle Turek niczym tyczkarz przeskakuje wszelkie bariery językowe, zapraszając nas do siebie. Ku naszemu własnemu zdziwieniu, po sekundzie jesteśmy już obok naszego nowego przyjaciela (jak zdążył już nas nazwać w tak krótkim czasie kilka razy kupiec), trzymając w ręku jakiś przedmiot, zachwalany akurat przez sprzedawcę. Naraz znikąd pojawia się herbata owocowa, którą jesteśmy częstowani. Przed nami z szybkością światła mnożą się różnego rodzaju, koloru, zapachu towary. Poznajemy ceny, promocje, obniżki (specjalnie, tylko dla nas i tylko dzisiaj), lub kombinacje kwot, które możemy wyłożyć w przypadku kupienia kilku rzeczy naraz. Zanim zdążymy na dobre zastanowić się czy naprawdę czegoś z tych przedmiotów potrzebujemy, wychodzimy z bazaru objuczeni cynowymi garnuszkami, garścią przypraw, herbat różnych smaków i fezem (turecką czapeczką) na głowie. Rozpamiętując jeszcze opowiedzianą przed chwilą historię sprzedawcy o swojej rodzinie i wujku, który mieszkał przez kilka miesięcy w Polsce, zastanawiamy się – jak do tego wszystkiego doszło?

Jeżeli nie chcemy, żeby do czegoś takiego doszło, nie możemy dać sobą manipulować. Kupiec będzie starał się za pomocą kilku prostych trików uśpić nasz krytycyzm. Będzie starał się nawiązać z nami co prawda krótkotrwałą, ale miłą relację, dzieląc się swoją herbatą, wszelakimi anegdotami i szerokim uśmiechem. Dzięki temu ciężej będzie nam odmówić w gruncie rzeczy sympatycznemu facetowi. Skoro czymś się z nami dzieli, to w naszych umysłach pojawia się mimowolna chęć do rewanżu, która zazwyczaj kończy się kupieniem czegoś. Nie popadajmy jednak z tego powodu ze skrajności w skrajność i nie reagujmy wrogo, na każdy przyjacielski gest ze strony ekspedienta. Najzdrowszym podejściem będzie potraktowanie całego ceremoniału jako rodzaj pewnej gry.

P1080899

Po pierwsze nie targujemy się w przypadku towarów tanich. Gdy chcemy kupić kilogram pomarańczy i jednego ogórka, a zaczniemy kręcić nosem na cenę, możemy zostać uznani za przebrzydłych skąpców. Po drugie bazary są na tyle duże, że towary powtarzają się i na 99% to co leży przed nami, znajdziemy kilka sklepów dalej, częściej w niższej cenie (niższa marża z tytułu, że stragan stoi dalej od „wejścia”). Dlatego nie warto podejmować decyzji o kupnie zahaczając o pierwszą lepszą wystawę. Jeżeli pragniemy czegoś konkretnego, warto poświęcić trochę czasu na rekonesans. Posprawdzać ile ta sama rzecz kosztuje tu, a ile dziesięć, czy sto metrów dalej. Aby to zrobić podchodzimy do wystawy, pytamy się o ceny kilku produktów, w tym tego, na którym naprawdę nam zależy. Chodzi o to, aby nie zdradzić się czego konkretnie szukamy. Pamiętajmy, że to wszystko jest gra, która przy odpowiednim nastawieniu dostarczy nam rozrywki. W ocenie relacji cena do jakości podchodzimy bez entuzjazmu, pozdrawiamy serdecznie sprzedawcę i idziemy dalej. Ważne abyśmy ani na chwilę nie tracili życzliwości. W końcu nam też zależy na przychylności kupca.

Może zdarzyć się, że gdy już zaczniemy się oddalać, zostaniemy zatrzymani. Subiekt widząc, że przynęta nie wzięła za pierwszym zarzuceniem, spróbuje skłonić nas do pozostanie kusząc nagłymi obniżkami. Wtedy decyzja o tym czy zostać czy iść dalej należy do nas.

Gdy już podejmiemy negocjację, spróbujmy uzyskać przewagę nad sprzedawcą ich własną bronią. Dobrze jest się nauczyć kilku podstawowych zwrotów w j. tureckim, pomocnych w dokonaniu transakcji. Pokażemy tym samym, że nie jesteśmy tu od wczoraj, że trochę się znamy na tym i owym. Szanujemy kraj, w którym się znaleźliśmy na tyle, że sami wkładamy swój trud by się czegoś o nim nauczyć. Na pewno miło połechce to ego naszego partnera w targu. A trzeba wiedzieć, że Turcy wręcz lubują się w obdarowywaniu się komplementami i tzw. białymi kłamstwami. Nie żałujmy więc sobie. Pochwalmy sklep, wystawę, lub samego sprzedawcę. Wszystkie chwyty dozwolone. Nawet jeżeli będzie to wierutne kłamstwo, to nic nie szkodzi. Chodzi o to, żeby zrobiło się miło. Zostajemy czymś poczęstowani? Zgadzamy się, ponieważ to wcale nie znaczy, że jesteśmy do czegokolwiek zobowiązani. Robienie interesów wymaga po prostu odpowiedniego tła. W Turcji bardzo dobrze o tym wiedzą.

Zazwyczaj pierwsza cena jaką usłyszymy będzie z kosmosu i zakłada x-krotność rzeczywistej ceny towaru. O jej wysokości najpewniej dowiemy się z wyświetlacza kalkulatora. Dobrze jest na samym początku ustalić jaką walutą operujemy: turecką lirą, dolarem czy euro. Spróbujmy jako kontrę dać cenę drastycznie zaniżoną wobec tej, która jesteśmy w stanie zapłacić. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to na koniec negocjacji spotkacie się gdzieś pośrodku, pomiędzy swoimi pierwszymi propozycjami. Trzeba się jednak przygotować na różne reakcje tureckiego kupca. Może to być niedowierzający uśmiech, charakterystyczne cmokanie z dezaprobatą. Z bardziej radykalnych: głośne okrzyki, z przebijającym się słowem „bankructwo”, czasem rzucanie czymś co akurat było pod ręką np. wyżej wymienionym kalkulatorem. Jeżeli ktoś nie chce się z nami targować, zawsze możemy iść do konkurencji.

Ostatecznym argumentem przemawiającym na naszą korzyść, w razie gdy sprzedawca zdradza cechy upartego osła i nijak nie chce opuścić ceny, jest czas. My mamy go przecież bardzo dużo. Możemy stać się irytującymi klientami, nagabując kupca i prosząc o zmianę zdania. On będzie zdawał sobie sprawę, że w czasie gdy z nami rozmawia, ulicą uciekają mu dziesiątki potencjalnych klientów. Możemy przychodzić dzień w dzień, pytając wciąż o to samo, czekając aż nasz przyjaciel straci cierpliwość i zmięknie. Możemy próbować wszystkiego. To zależy tylko i wyłącznie od naszej własnej, ludzkiej inwencji.

Ważna uwaga. Jeżeli dobijemy targu i ustalimy koszt jaki musimy ponieść za nabycie interesującego nas towaru, nie ma odwrotu. Jest bardzo w złym tonie tzw. „przyklepanie”, tylko po to by sekundę później się rozmyślić, lub próbować jeszcze raz zbić cenę na swoją korzyść. Męskie decyzje i męskie przyjęcie wszystkich ich konsekwencji, mile widziane.

W końcu jednak dojdziemy do porozumienia i kupimy coś za satysfakcjonującą obie strony kwotę. Tym razem nie ograniczyliśmy się jedynie do wybrania przedmiotu naszego pożądania i wyjęcia karty z portfela. Włożyliśmy swój trud, wszystkie swoje zdolności aby zdobyć to, co teraz trzymamy w rękach. Czyni to tą rzecz czymś większym i lepszym niż jest. Wychodzimy z bazaru z dumą zdobywcy. A może wracamy tam, aby udoskonalać ceremoniał targu, tak dawno już zapomniany w naszym ojczystym kraju?

Na bazarze wszystko jest możliwe. Wszystko może się tu zdarzyć. Może właśnie przez tą wolność, jest to tak piękne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.