Blog o podróżowaniu, smakowaniu i poznawaniu. Czego? Wszystkiego! Historii, kuchni, religii, zawodów…
facebookpinterest google-plusinstagramyoutube

Siostry, które mieszkały w Libii


1996. W tym roku w życiu dwóch sióstr, 11-letniej Agnieszki i 3 lata starszej Ani, doszło do rewolucji. Ich mama podpisała kontrakt na pracę w Libii. Wyjechała zabierając dziewczynki ze sobą. W kraju rządzonym przez Kadaffiego spędziły cztery lata.

siostry

Dziś są żonami i matkami, pochłoniętymi codziennymi obowiązkami. Szczęśliwie udaje nam się umówić na wspólną kawę. Tylko dzięki temu, że córka Agnieszki ma akurat lekcję tańca, mama ma półtorej godziny wolnego. W luźnej atmosferze opowiadają nam jak wyglądał arabski świat ich oczami. Oczami dziecka. Już na pierwszy rzut oka widać różnicę charakterów. Ania wygadana, na wszystko ma odpowiedź. Agnieszka trochę bardziej stonowana i spokojna. Często przekomarzają się między sobą, a jeszcze częściej uśmiechają. Wydaje się nam, że dla nich to też było owocne spotkanie. Okazało się, że razem udało im się odkurzyć, dawno nieruszane jak stare fotografie, wspomnienia.

Poniżej publikujemy treść rozmowy, z której dowiemy się m.in.: do czego na ulicy może przydać się peruka Kleopatry, jak i po co oszukiwać arabskiego kierowcę autobusu, oraz co robiono gdy w pobliżu wybuchała strzelanina.

Zacznijmy od tego, dlaczego wyjechałyście do Libii?

Agnieszka: Bo mama nam kazała.

Ania: Nie, nie prawda.

Ag: A czemu wyjechałyśmy? A co Ty miałaś w takim wieku do powiedzenia?

An: Ja zawsze miałam dużo do powiedzenia.

Ag: Wyjechałyśmy bo mama dostała tam kontrakt.

An: Mogę się rozwinąć?

Ag: Anka wyjechała i dostała tam kontrakt.

An: Wyszło to tak, że pewnego dnia pojawiło się w przychodni ogłoszenie, że poszukują lekarzy, pielęgniarek i położnych…

Ag: Tak było? Ja tego nie pamiętam… chyba byłam za mała.

An: No tak. Czy w jakichś izbach pielęgniarskich… że jest do wyboru Benghazi i Zliten i był podany kontakt. I wtedy mama przeprowadziła wywiad środowiskowy, gdzie lepiej pojechać. Wszyscy powiedzieli, że Zliten to taka większa wioska, a Benghazi to zaraz drugie po Trypolisie największe miasto Libii i dlatego zdecydowaliśmy się na Benghazi.

Ag: Ja tego nie pamiętam. Jestem w szoku.

klinika

Wspomniałaś o wywiadzie środowiskowym, to co wiedziałyście o tym kraju przed wyjazdem?

An: Właściwie za dużo nie wiedziałyśmy. Czy Ty wiedziałaś?

Ag: Nic nie wiedziałam.

An: Bo to było tak, że niektórzy z mamy środowiska, ktoś przez kogoś, gdzieś tam był i coś tam powiedział… i na takiej zasadzie, mama, drogą pantoflową się dowiedziała, że po prostu Benghazi, dla mojej mamy która jechała z dwójką dziewczynek jest bardziej korzystne niż Zliten, które jest po prostu wioską.

Ag: Ja tego po prostu nie pamiętam. Ja pamiętam wierzbę na Boże Narodzenie.

An: Tylko to? To w ogóle jakaś podstawa tylko. Tamte czasy to były inne… to nie to co teraz, youtube, google, że są last minute wycieczki, że ludzie słyszą o Egipcie, Tunezji itd. Na tamte czasy to był zupełnie dziki i obcy kraj, z inną kulturą…

Ag: Ale nie wiedziałyśmy jaką. Mama przyszła, powiedziała że jedziemy do Benghazi i to wszystko co ja z tego pamiętam. I byłam niepocieszona, bo trzeba było koleżanki zostawić.

podroz

Pierwsze kroki na libijskiej ziemi. Pierwsze wspomnienie.

Ag: Coca Cola w butelkach. To pamiętam.

An: A u nas nie było?

Ag: Była, ale mi się wydawało, że w takim kraju to nie ma. Ja byłam tym najbardziej zaskoczona.

An: A ja pamiętam, jak poszłyśmy na pierwsze zakupy i były do sprzedania wypieczone kurczaki, a że kurczaki były rumuńskie, to Agnieszka powiedziała…

Ag: Ja nie będę jadła rumuńskiego kurczaka!

An: Tak… że ona nigdy w życiu nie zje rumuńskiego kurczaka!

Ag: Ja nie wiem czemu, ale go nie jadłam, tego rumuńskiego kurczaka. A z pierwszej wizyty w sklepie, co ja zapamiętałam, to że nauczono nas mówić: „ana żdida, miszarf” – jestem nowa i nic nie rozumiem. I wszędzie gdzie zachodziłyśmy, pierwsze co mówiłyśmy, to „ana żdida, miszarf”. Ha! tego nie pamiętałaś Anka! A to był sklep u nas na osiedlu, za rogiem, jeszcze dalej za filipińskim…

sklep

No właśnie, a gdzie mieszkałyście?

Ag: W bloku, w wieżowcu. Miałyśmy fajne duże mieszkanie.

Na jakimś zamkniętym osiedlu obcokrajowców, czy wśród lokalnych mieszkańców?

An: Jadąc tam, była mowa, że będziemy mieszkać w nowo wybudowanych blokach przy klinice. Niestety, nie wiem czy pamiętasz Agnieszka, te bloki były dalej w remoncie, takie niskie i nowoczesne przy klinice mamy?

Ag: One tam były?

An: Nie pamiętasz tych bloczków, co oni tak długo je budowali? I w każdym bądź razie, nie zamieszkałyśmy w nich, tylko na Salmani, w wieżowcu. Dostałyśmy, duże, przestronne, piękne mieszkanie.

Ag: I był Gafir. Tak? On Gafir się nazywał? Ten co drzwi zamykał?

An: Gafir to był stróż budynku, który o 22:00 zamykał dwudrzwiowe, metalowe wejście do klatki. Jak przyjechało się dwie po, to Gafir zamknięty był już w swojej kanciapie, takim mieszkanku na dole i mówił „sakyr bab” (drzwi zamknięte) i koniec. Nie wejdziesz na klatkę schodową. Już Ci nie otworzy.

blok

Dlaczego je zamykał?

An: Dla bezpieczeństwa, bo w tym budynku co my mieszkałyśmy, mieszkali tylko pracownicy kliniki. Lekarze, pielęgniarki itp.

Ag: Nie, na dole przecież ktoś tam inny mieszkał, jacyś Arabowie.

An: Jedna rodzina.

Ag: Ze dwie chyba…

An: Ale ktoś z tych rodzin był jakimś majstrem w klinice czy coś tam robił, jakoś byli powiązani z kliniką.

Wasz blok był przeznaczony dla pracowników kliniki, a pozostałe budynki wokół?

An: Naprzeciwko był blok policyjny, taki wysoki nie wiem czy pamiętasz?

Ag: Tak.

An: Naprzeciwko był jeszcze ten niski blok, co byli pracownicy… szpitala, ale takiego państwowego, bo nasza mama pracowała w klinice prywatnej, a ten naprzeciwko też był dla pracowników przyjezdnych, ale do szpitala miejskiego, nie prywatnego.

Ag: Ale na około miejscowi mieszkali, Arabowie.

Zatem to osiedle na którym mieszkałyście, nie licząc pojedynczych bloków, było arabskie?

Ag: Tak.

An: Tak.

Ag: Nie. Jeszcze kilka bloków dalej, zobacz… tam już było tak bardziej filipińsko… i tam było dużo bloków filipińskich.

An: Tak, tylko to było jakby na drugim końcu. Nasze osiedle było bardzo rozległe.

swieta

Miałyście jakiś kontakt z sąsiadami?

Ag: Tak. Z naszego bloku tak, ewentualnie z innymi pracownikami tego naprzeciwko, ale z tych takich typowo arabskich nie.

A kontakt z Polską?

An: Chodziłyśmy na pocztę, bo stamtąd dzwoniłyśmy, wysyłałyśmy i odbierałyśmy listy. Każdy miał tam swój box. Czekało się na listy, aż przyjdą, czy tam coś leży w tym boxie… no i stało się w kolejce do budek telefonicznych na tej poczcie. A przed wejściem z karabinami stali, ale to przy każdym urzędzie tak było.

Przeciętny tydzień. Wiadomo, mama pracowała… a co w tym czasie robiły córki?

Ag: Chodziłyśmy do szkoły. Chyba od 8 do 14 miałyśmy zajęcia w szkole, potem wracałyśmy i jeździłyśmy na rolkach. To pamiętam, jak wychodziłyśmy na rolki. Co jeszcze robiłyśmy?…

Wspomniałaś o szkole… czy ona wyglądała tak jak w Polsce?

Ag: To była polska szkoła, ale nie wyglądała jak te w Polsce. Wiem, że moja klasa była największa, liczyła aż 7 osób, natomiast wszystkie pozostałe…

An: Nie, nie 7 osób Agnieszka, u Was było więcej.

Ag: 7. To była największa klasa!

An: 9 albo 11.

Ag: Jakie 9 albo 11? Chyba wiem ile u mnie w klasie było osób. A najmniejsza była zerówka, całe 2 osoby.

An: Czekaj, jeżeli Twoja klasa miała 7 osób i była największa, to moja jaka była?

Ag: U Ciebie chyba 5 osób, a u mnie 7.

An: Ale jakie 7 osób? Ludzi nie pamiętasz… Ty, Edyta, Iwana…

Ag: Gago, Radek…

An: Ten z Warszawy, no Radek, jeszcze był Rafał…

Ag: Ale Rafał nie zdał i doszedł do nas.

szkola2

Nie zdać w malutkiej polskiej szkole za granicą?

Ag: No tak. My mieliśmy bardzo wysoki poziom. Na każdej lekcji byliśmy przepytywani, nie było sytuacji, że czegoś się nie wiedziało, czy że można było ściągnąć… i w szkole chodziła Pani z takim dużym dzwonkiem…

An: Renia! Renia, dzwoniła na przerwy.

Ag: Ogólnie to cały czas musiałyśmy się uczyć, ale piątki były wolne dla wszystkich.

An: Prócz wolnego muzułmańskiego piątku, każda klasa miała jeszcze jakiś dzień z tygodnia wolny. No i wakacje, u nas trwały do października, bo takie były upały.

Ag: Ale cały program i tak musiałyśmy przerobić, a więc bardzo dużo trzeba było się uczyć. Ja pamiętam, jak nie raz wstawałam o 3 w nocy, bo wieczorem już nie dałam rady się nauczyć wszystkiego. I jak się wróciło do Polski, nagle było dwadzieścia kilka osób w klasie… ściąganie było łatwe.

An: A do szkoły podjeżdżał po nas coster, taki mały busik. On brał dzieci, które były z naszej dzielnicy…

Ag: Tak, objeżdżał całą dzielnicę i zabierał nas do szkoły. I jeszcze w costerze nie raz się odrabiało lekcje.

Do szkoły i ze szkoły woził Was ten busik, a jak poruszałyście się na co dzień?

An: Taksówkami.

Ag: Taksówkami. One były czarno-białe. I łapało się je jak w Stanach, machało się ręką na ulicy. Kobiety nie jeździły komunikacją miejską.

An: Jeździły.

Ag: Nie, chyba raczej tylko faceci… kojarzysz, były takie busiki małe, ale tam raczej tylko mężczyźni byli.

An: Ale jeszcze wracając do costera, to chcę powiedzieć, że często robiłyśmy taki myk…

Ag: Tak! Ja to pamiętam!

An: Na przykład mówiłyśmy kierowcy, bo kierowcą był Arab i on nie wiedział kiedy mamy święta, a kiedy nie… i na przykład mówiłyśmy mu: „Przepraszam, jutro Pan nie przyjeżdża, bo u nas jutro w Polsce jest święto i jutro szkoła zamknięta, więc proszę nie przyjeżdżać”.

Ag: Ale na następny dzień normalnie szykowałyśmy się do szkoły, bo przecież mama była w domu.

An: Zakładałyśmy plecaki i grzecznie czekałyśmy na dole na coster. Po czym, po 15-20 minutach wracałyśmy na górę i mówiłyśmy „Oj mamo, niestety coster znów nie przyjechał!”

Ag: Ale żeby takie coś przeszło, najpierw niektórych uczniów, takich kabli, wysyłaliśmy już do domu, a my niby po coś wracałyśmy do costera, że niby czegoś zapomniałyśmy i wtedy wymyślałyśmy kolejne polskie święta…

Miałyście bardzo długie wakacje, do tego w afrykańskim kraju. Jak je spędzałyście?

Ag: Całe wakacje spędzało się na plaży.

An: My jeździłyśmy na prywatną plażę, właścicielami której byli arabscy bracia.

Ag: Oni byli cywilizowani.

An: Potrafiłyśmy przez cztery miesiące wakacji jeździć tam dzień w dzień, więc byliśmy już z nimi zżyci, oni nas witali serdecznie.

Ag: Mieliśmy przecież w rogu taką swoją miejscówę, na samym końcu i byłyśmy normalnie w strojach kąpielowych, a inne kobiety kąpały się w ubraniach.

An: One kąpały się w jeansach, w koszulkach… a nas tam wszyscy już znali.

Ag: Jakby jakaś niebezpieczna sytuacja miała tam miejsce, to właściciele na pewno by zareagowali.

An: A my jeździłyśmy też z innymi, całą grupą i z osobami dorosłymi. I właśnie tym costerem, co woził nas do szkoły.

plaza 3

A na jakieś inne, np. dzikie plaże?

Ag: Rzadko.

An: Jeździłyśmy, ale bardzo rzadko. Była taka miejscówa gdzie regularnie spotykali się Polacy, ale my rzadko…

 piach

Czy w Benghazi był kościół?

Ag: Był kościół w mieście. Msze były co niedzielę, ale chyba tylko jedna była o 18-tej.

An: Ja się kiedyś z godzinami pomyliłam! Ot, byliśmy z kimś na mieście i pomyśleliśmy, że zajdziemy na inną godzinę. Ja tam wchodzę, a tam murzynki w kolorowych turbanach, ze złotem i tam skaczą, śpiewają…

Ag: Ale my chodziłyśmy na normalne, polskie msze. Była taka brama, przez którą się przechodziło, pamiętasz Anka, taka długa, trochę jak tunel i dochodziło się na dziedziniec, z którego było wejście do kościoła.

Zatem kościół ten, był trochę jakby ukryty? Czy Libijczycy wiedzieli, że on tam jest?

Ag: Tak, wszyscy wiedzieli że jest tam kościół. Z taksówki wysiadałyśmy sporo wcześniej, bo to było w szeregu takich sklepów i szło się do niego. Aczkolwiek nikt nas nie zaczepiał, nigdy nie było jakiejś niesympatycznej sytuacji, że tam idziemy. Akurat w tej uliczce gdzie on był, to czułam się najbezpieczniej.

An: A jak kiedyś wychodziłyśmy z kościoła? Tam obok była taka cukiernia… no tylko do niej weszliśmy kupić jakieś ciasteczka…

Ag: Tak, pamiętam tą cukiernię…

An: No i nagle słychać, jakaś strzelanina. Zaraz żaluzje, takie ciężkie zasłony w dół i sklep zamknięty razem z tymi co akurat coś kupowali. I co? I siedzisz w sklepie dopóki się nie skończy i nie przestaną strzelać… nawet w takiej niby bezpiecznej uliczce.

Zgodnie kiwacie głowami przy tej strzelaninie, jakby to było coś normalnego… ot, no siedzimy i czekamy aż skończą… może powinnam zapytać się o inne sytuacje mrożące krew w żyłach?

Ag: Była taka sytuacja z karabinami nawet, co wpadli do nas do mieszkania, bo kogoś szukali… ja to pamiętam bardzo dobrze. My otworzyłyśmy i stałyśmy po prostu nieruchome. Oni wtedy te Bułgarki zabrali właśnie, co przecież wylądowały w więzieniu, te co miały zarazić HIVem kilkaset dzieci. My wtedy właśnie byłyśmy w Libii. My je znałyśmy.

An: My je znałyśmy?!

Ag: Toż one u nas w bloku mieszkały.

An: Ale które to były?

Ag: No nie pamiętasz tych Bułgarek? No proszę Cię, Anka…

An: A… tak, toż to głośna sprawa była, z tymi pielęgniarkami. Ale ja pamiętam… to było zaraz po przyjeździe do Libii, że zaczęła się jakaś strzelanina i nagle tylko słyszymy jak opadają żaluzje w całym budynku. Pamiętasz ten huk, tych drewnianych wielkich żaluzji? Ale u nas na osiedlu było to normalne, z racji tego, że naprzeciwko był blok policyjny przecież i tam non stop dochodziło do jakiś ataków na tych policjantów itd. Oni normalnie z pistoletami, karabinami… tamten blok to przecież cały w kulach był obstrzelany. No i jak coś się działo, to człowiek spuszczał te drewniane zasłony i siedział w ciemnym mieszkaniu, dopóki ktoś tam z sąsiadów nie przyszedł, nie zapukał, że już koniec, już można odsłaniać spokojnie. I to przez pewien czas, pierwsi ludzie co wychodzili gdzieś, to tak niepewnie… czy to już na pewno po wszystkim?

Obcy kraj, strzelaniny… Co raz mówicie, tu poszłyśmy, tam pojechałyśmy, a przecież wyróżniałyście się z tłumu. Czy czułyście się bezpiecznie?

An: Nie.

Ag: Ja też nie czułam się bezpiecznie, nawet na osiedlu. I nawet jak szłam do sklepu spożywczego po hobzy (bagietki), takiego co był na rogu, to jednak jakiś strach zawsze był. Dzieci z innych bloków potrafiły kamieniami nas obrzucać.

An: Nie, nigdy nie było bezpiecznie. Były wyzwiska, do dziś pamiętam: „enti gahba!”(niecenzuralny zwrot), a czasami potrafili właśnie i kamieniem rzucić… ale nie żeby ktoś tak bezpośrednio próbował mnie dotknąć.

Ag: Kojarzę też taką sytuację, jak raz na mieście zaczęli nas obrzucać kamieniami i zatrzymało się takie arabskie małżeństwo i przegoniło tamtych co nas zaczepiali i nam pomogli wtedy.

An: Tak, były też bardzo pozytywne reakcje, pytali się „Where are you from?… O! Bolanda, Bolanda!”.

A dlaczego się Was czepiano, przez to że jesteście chrześcijankami?

An: Nie, nie, nie.

Ag: Ja też myślę, że nie na tle religijnym, nie w tamtych czasach.

An: To raczej chodziło o to, że dla nich każda Europejka była… na zasadzie… no że pewnie jakaś k…

Agnieszka, ale Ty byłaś dzieckiem, niewiele wyróżniającym się z tłumu, to dlaczego Ty nie czułaś się bezpiecznie?

Ag: No bo wszędzie chodziłam ze swoją siostrą, która jest blondynką, to każdy na nas zwracał uwagę. Na mnie nikt nie zwróciłby uwagi.

An: Kiedyś była taka sytuacja, że kolega, który się uczył z Agnieszką w klasie, wrócił do domu i opowiadał, a że mówił to mamie mojej koleżanki, to się dowiedziałam… mówi tak: „Mamo, przyszła do nas nowa dziewczynka, ale ona na pewno tatę ma Araba, jakiegoś Libijczyka lub murzyna, nie wiem… ale cała ciemna, czarna!” (śmiech)

Ag: Ale nawet ja zawsze czułam jakiś niepokój.

An: A mama? Mama blondynka. Oni bzikowali jak taką widzieli. To przecież sobie kupiła taką perukę Kleopatry czarną i chodziła z nami w peruce i wtedy trochę lepiej było.

A jak się ubierałyście, na co dzień na ulicę? Rozumiem, że z uwagi na wygląd zwracano na Was uwagę.

Ag: Ja jeszcze byłam w takim wieku, że jako dziecko mogłam chodzić w krótkich spodenkach, ale Anka była na granicy wiekowej i już nie mogła.

An: Ale na plażę jeździłam w krótkich. A tak to jeansy, nieobcisły do ciała tshirt, bluzy… jak sukienka to nie na ramiączkach i jakaś do ziemi, spodnie najlepiej luźne.

Ag: Ale do szkoły jeździłyśmy ubrane normalnie, jak chciałyśmy.

palmy

A włosy? Czy musiałyście nosić chusty?

Ag: Nie, włosy normalnie. Jak chciałyśmy.

Obchodziłyście tam polskie święta i uroczystości, te prawdziwe oczywiście, nie zmyślone dla kierowcy busa?

Ag: Na Boże Narodzenie zamiast choinki, miałyśmy wierzbę, którą ubrałyśmy w bombki, łańcuchy… wszystko przez nas zrobione.

An: A ja, tak jak w Polsce kocham święta, to tam nie cierpiałam. To nie był ten klimat, nie ta atmosfera. Jak można poczuć klimat Świąt Bożego Narodzenia pod wierzbą? Ja mam nawet zdjęcia z jakiejś wycieczki w styczniu, gdzie byłyśmy w krótkich rękawkach normalnie. Nie lubiłam tam świąt. A inne polskie uroczystości były obchodzone w szkole.

swieta 2

Ag: I jeździłyśmy też na cmentarz w Tobruku.

An: Ja kilka razy tam byłam, w Tobruku. Śpiewało się: „Czerwone maki na Monte Cassino, zamiast rosy piły polską krew…”. Była msza na świeżym powietrzu, przy tych białych grobach. Zazwyczaj 1 listopada, organizowano takie wypady całodniowe na groby polskich żołnierzy, biało czerwone wstęgi przewieszaliśmy… Ale on cały jest już poniszczony…

tobruk

A libijskie święta?

An: No tyle, że się wiedziało, że akurat jest Ramadan, to wtedy były inne godziny otwarcia sklepów… i nic się nie jadło, nie piło poza domem, bo to nieposzanowanie ich kultury.

Ag: A wieczorami nikogo na ulicy nie było i w końcu mogłyśmy jeździć rolkami nawet po ulicy, po całym osiedlu, no nikogo nie było, bo wszyscy jedli kolacje.

Postać Muammara Kaddafiego. Kojarzycie?

Ag: Kojarzymy, bo wszędzie na ulicach były jego zdjęcia.

An: Co my o Kaddafim powiedzieć możemy jak my byłyśmy dziećmi? No te podobizny… U nas w Polsce, wszędzie są billboardy typu okna, drzwi sprzedam i jakieś reklamy hurtowni itp., a tam na wszystkich były zdjęcia Kaddafiego. Ale tam się politycznych tematów nie poruszało.

Ag: Dokładnie.

An: Każdy wiedział, że Kaddafi jest wodzem narodu.

Ag: I się nie dyskutowało na takie tematy.

An: Ale chcieli czy nie chcieli, chyba go lubili mi się wydaje.

Ag: Oni chyba nie wiedzieli, że można jakoś inaczej, tak mi się wydawało. My byłyśmy małe, nie wnikałyśmy w to. Po prostu wszędzie była jego twarz.

An: Może i były jakieś hasła przewodnie na tych plakatach, ale po arabsku.

kadaffi

Przenieśmy się na chwilę do 2011 roku. Byłyście już wtedy znacznie starsze, wtedy Kaddafi został zabity, co poczułyście?

An: Mnie to strasznie poruszyło i to jak wyglądała Libia przed, a jak po tych wszystkich wojnach. Przykro w ogóle. Cała ta sytuacja poruszyła. Co teraz lepiej? Jednak on w jakichś ryzach to wszystko trzymał. Jaki był, taki był, ale to wszystko się trzymało kupy. A teraz co?

Ag: Przykro. To właśnie było takie uczucie. Jednak przede wszystkim myślałyśmy o tych osobach, które tam zostały, co z nimi?

A jak byście porównały Libię do Polski w tamtym okresie?

An: Koleżanki w Polsce zawsze się mnie pytały: „ale co Wy, mieszkacie na pustyni, w jakichś lepiankach z murzynkami Bambo?”

Ag: Ale my same wyjeżdżając chyba jakieś podobne wyobrażenie o Afryce miałyśmy…

An: A notabene, tam: hotele, sklepy, ubrania, drogi, stadiony piłkarskie… były na tamte czasy takie jakich u nas byś nie znalazła! W centrum był sklep BENETTON i inne znane marki.

Ag: Ja pamiętam Tibesti, jak jeździłyśmy tam na samą górę do restauracji na lody.

tibesti

No i basen był w tym hotelu. Tu miałyśmy WF.

wf

An: A pamiętasz jak było wesele, w tej bogatej rodzinie w Islamic Centre?

Ag: Tam co się siedziało i patrzyło na nią?

wesele

An: Panna Młoda przyjechała, usiadła na scenie i patrzyła się na gości…

Ag: A goście siedzieli przy stołach i patrzyli się na nią…

An: No i siedzisz tak do północy. No, tam trochę, tańczysz do jakiejś instrumentalnej, orientalnej muzyki, ale młoda wciąż siedzi i się patrzy. Co raz ktoś do niej podchodzi, robi sobie z nią zdjęcia. A o północy przyjeżdża Pan Młody z całą męską częścią rodziny i jakąś swoją świtą, razem z walizkami. Otwierają je kolejno: pierwszy kufer piękne pościele, drugi kufer jakaś biżuteria, trzeci kufer jakieś kolejne podarunki… a przy tym wszystkim pełne zachwytu okrzyki zgromadzonych w sali kobiet.

mloda

Czy jest jakieś jedzenie, które Wam przypomina Libię?

Ag: Tak! Tuńczyk! Konserwowy. Hobza z tuńczykiem i jajkiem na twardo! Na plaży często kupowałyśmy takie kanapki.

An: A dla mnie serki Kiri.

Ag: Tak, serki Kiri!

An: Ja do tej pory nie biorę ich do ust… i dużo pestek łuszczyłyśmy. A… no i ojciec Iwany robił przepyszną sałatkę z ośmiornicą, on sam je łowił, nurkując… i dużo baraniny z pietruszką. Jak było to święto baranów (jedno z najważniejszych muzułmańskim świąt) wiesz co… oni zabijali je, na każdym rogu była głowa barana wywalona, krwi pełno. W blokach biedniejsi mieszkali, to gdzie oni mieli je zabijać? No pod blokiem to robili.

Ostatnie pytanie. Gdyby w Libii nie było tak niebezpiecznej sytuacji jak jest teraz, czy chciałybyście tam wrócić?

An: Ja zawsze mówię, że wrócić jako powrócić na chwilę, to tak. Mieszkać te cztery lata jak byłam to na pewno bym się nie zdecydowała. Teraz z perspektywy czasu patrząc, fajnie jest to wspominać, ale żeby czas się cofnął ja bym chyba… ja mówię z perspektywy nastolatki, która dojrzewała, która wiedziała, że tu w Polsce jest towarzystwo, które w weekend sobie idzie na koncert się zabawić, gdzieś jeszcze, pierwsze piwo wypiją itd. A my, miałyśmy wiecznie te same imprezy, w tym samym towarzystwie, z polskiej szkoły młodzież, albo ewentualnie mieszane z grecką szkołą. Wszystkie te same twarze widziało się w dzień w dzień. Po dwóch latach w Libii byłam na wakacjach w Polsce. A tu raj na ziemi. Mogę wyjść, idę ulicą, nikt nie gwiżdże, nie zaczepia, nie mówi „ajlowju” itd. po tysiąc razy. Mi się w ogóle nie chciało wracać do Libii, właściwie od pierwszego dnia po wakacjach, chciałam wracać z powrotem do Polski. Więc mamie oznajmiłam, że ma mi zarezerwować bilet. Prawie pół roku, jeździłam codziennie do kliniki, pytając się czy są już bilety, a oni odpowiadali „insallah bukra” czyli „jak Bóg da to jutro będą”.

bilet

No i się doczekałam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.