Blog o podróżowaniu, smakowaniu i poznawaniu. Czego? Wszystkiego! Historii, kuchni, religii, zawodów…
facebookpinterest google-plusinstagramyoutube

Relacja z Nepalu, cz. 1


Relacja z naszego pobytu w stolicy Nepalu, Kathmandu. Część pierwsza, a w niej:

  • Filmik nakręcony podczas naszej podróży
  • Wątpliwości podczas lotu do Kathmandu
  • Pierwsze wrażenia po wylądowaniu
  • Sceneria rodem z filmu
  • Życie po wielkim trzęsieniu ziemi

 

Na lot do Kathmandu wybieramy linię „Air Asia”, azjatycki odpowiednik naszych tanich przewoźników typu np. Wizz Air. Pierwsze co rzuca nam się w oczy? Oprócz Alicji w naszym „przedziale” nie siedzi żadna kobieta. Otaczają nas sami Nepalczycy. Tak jakby tamtejsze kobiety nie wyjeżdżały ze swojego kraju, a przez to nie miały też jak do niego wracać. Zastanawia mnie też, że wszyscy są ubrani w kurtki, podczas gdy w Kuala Lumpur, skąd wylatujemy, w dzień temperatura dochodziła do 30 stopni. Następna frapująca sprawa – dlaczego lądując w nocy nie widzimy żadnych świateł z dołu? Przelatujemy przecież nad stolicą kraju.

Płyta lotniska w Kathmandu

Płyta lotniska w Kathmandu

Zagadkę z kurtkami rozwiązujemy już na płycie lotniska w Kathmandu, gdy w kilka sekund marzniemy do szpiku kości. Pieszo dochodzimy do długiej, oszklonej chatki wyłożonej dywanami, która okazuje się być międzynarodowym terminalem. To nie tak, że zauważamy jakieś różnice pomiędzy naszymi krajami. Od momentu wyjścia z samolotu inność wali nas w łeb, na każdym kroku. Jeżeli ktoś w swoim życiu czuje potrzebę zobaczenia czegoś zupełnie nowego, to serdecznie polecam Nepal. Jeżeli jednak nie wybierasz się tam w najbliższym czasie, czytaj dalej.

Oczy buddy na szczycie stupy

Oczy buddy na szczycie stupy

Przy wyjściu z lotniska czeka nas jeszcze niestandardowa kontrola – mundurowy sprawdza czy nasze kwity bagażowe zgadzają się z naklejką na bagażu. Naturalnie wzbudziło to we mnie myśl, że może ludzie lubią stąd wychodzić z dodatkowym bonusem w postaci cudzego bagażu. Po przestąpieniu progu i wyjściu „na drugą stronę” natychmiast otacza nas wianuszek miejscowych „taksówkarzy”. Masa twarzy w wełnianych czapkach, przekrzykujących się nawzajem, negocjujących na razie tylko sami z sobą, bo my póki co, zajęci byliśmy wyjściem z szoku poznawczego. Tutejsza taksówka to po prostu zwykły samochód, a taksówkarzem może zostać każdy kto ma ochotę wozić turystów po mieście. Stawkę trzeba ustalić z góry, bo oczywiście, że nie ma taksometrów!

Ulica w Kathmandu

Ulica w Kathmandu

No więc jedziemy taką taksówką do dzielnicy miasta (Thamel), gdzie znajdują się tanie hotele dla przyjezdnych, w tym nasz. Coś jednak nie gra. Jestem przyzwyczajony od urodzenia, że w każdym ludzkim osiedlu, w nocy, ulice są oświetlone. W Kathmandu nie. Latarnie może i są ale nie świecą. Więc jest po prostu ciemno jak w… no wiadomo. Po drodze mijamy ludzi grzejących się przy płomieniach z beczek. W światłach reflektorów, z totalnej ciemności, wyłaniają się ruiny budynków. To wystarcza abyśmy poczuli się jak bohaterowie jakiejś post-apokaliptycznej scenerii.

Uliczki i place w mieście

Uliczki i place w mieście

Na taki stan rzeczy miało wpływ trzęsienie ziemi, w kwietniu 2015 roku, o sile 7,9 stopni w skali Richtera. Zniszczeniu uległo wiele zabytków i budynków mieszkalnych. Przejeżdżamy obok zamkniętego już 5-gwiazdkowego hotelu, w którym w wyniku tego kataklizmu, podłogi zapadły się do środka. Jeden z naszych gospodarzy opowiada, że akurat brał prysznic we własnym domu gdy wszystko się zaczęło. Z obawy przed zawaleniem się budynku zdążył wybiec na ulice… w samym ręczniku. Mimo takich niebezpieczeństw liczba mieszkańców miasta systematycznie wzrasta z niespełna 700tys. w 2001 r. do prawie miliona obecnie (źr.: Wikipedia).

Obraz po trzęsieniu ziemi w 2015

Obraz po trzęsieniu ziemi w 2015

Ludzie nauczyli się żyć w takim krajobrazie. Nie przeszkadzają im wąskie uliczki, z przeszkodami w postaci kupek gruzu, to tu to tam. Jeżdżą małymi samochodami, albo skuterami, którymi łatwo manewrować. Nie zwracają uwagi na zarysowania lakieru, wgnioty, urwane lusterka i tym podobne owoce stłuczek i zarysowań. To co u polskiego kierowcy wywołało by palpitacje serca i nerwowe przeliczanie strat na zniżkach w ubezpieczeniu, tutaj jest nie wartą zachodu codziennością. Na ulicy jest więcej dziur niż asfaltu? Tak jest, trzeba z tym żyć, no i uważać na koła swojego pojazdu.

Koniec cz. 1, ciąg dalszy znajdziesz pod tym linkiem, a w nim:

  • Dlaczego kierowca z zachodu nie poradziłby sobie na tutejszych ulicach?
  • Jak miejscowi radzą sobie z chłodnymi temperaturami?
  • Ochrona środowiska? Nie, dziękuję
  • Religia w Nepalu
  • Dokąd emigrują młodzi Nepalczycy?
  • Tutejsza gościnność
  • Nocne życie w Kathmandu

Bądź na bieżąco i polub nasz facebookowy fanpage !

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.