Blog o podróżowaniu, smakowaniu i poznawaniu. Czego? Wszystkiego! Historii, kuchni, religii, zawodów…
facebookpinterest google-plusinstagramyoutube

Dzielenie włosa na czworo, czyli wizyta u fryzjera



?;

Okazuje się, że niemałe zdziwienie u zwykłego Polaka może sprawić tak rutynowa czynność jak wizyta u fryzjera. Pod warunkiem, że jest to fryzjer turecki.

Pierwsze co napotkałem po wejściu do lokalu z szyldem „Kuaffor” to uśmiech. Rzecz tak powszechna w Turcji, jak deszcz w Wielkiej Brytanii. Następnie krótka wymiana zdań z właścicielem, w łamanym, pół-podstawowym tureckim i dowiaduje się ceny za usługę, wystukanej przez niego na kalkulatorze. Udaje rozczarowanie, licząc na jakiś rabat, ale zostaje przekonany w łamanym i pół-podstawowym angielskim, że jest to cena za „packet”. Zainteresowany tym co czeka mnie w tym pakiecie, siadam na wygodnym fotelu i mając do wyboru turecką telewizję albo turecką gazetę, biorę do ręki tą drugą. Większość tutejszych dzienników ma postać tabloidu, także mam nadzieję, że zabije swój czas na oglądaniu dramatycznych zdjęć zajmujących nierzadko całe strony. I tu miłe zaskoczenie. Nie zdążyłem odwrócić pierwszej strony, kiedy to sympatyczny właściciel, proponuje mi ҫay – czyli herbatę. Lekko zmieszany, mówię, że owszem, chętnie skorzystam z propozycji i czekam na dalsze wydarzenia. Właściciel daje drobne swojemu na oko 10-letniemu synowi, siostrzeńcowi, czy też bratankowi wraz z dyspozycją. W Turcji dzieci często pomagają swojej rodzinie w prowadzeniu interesu, aby uczyć się fachu, albo po prostu trudów życia, które czyhać będą na nie w przyszłości. Chwilę potem, młody pomagier wraca z pełną tacą gorących napoi dla wszystkich zgromadzonych w lokalu. Obowiązkowo w filiżankach „tulipankach”, z dwoma kostkami cukru i łyżeczką. Dopijam herbatę, gdy oto przychodzi moja kolej. Z racji bariery językowej nie mówię standardowej regułki: krótko z tyłu i po bokach – po prostu siadam. Jednak fryzjer, tylko sobie znanym sposobem, bezbłędnie odgaduje moje intencje, niczym mąż odgaduje intencje żony w sklepie z drogą biżuterią, gdy ten jest tuż po wypłacie. Na czas strzyżenia dostaję szklankę zimnej wody (nie proszonej), idealną gdy na zewnątrz klimatyzowanego pomieszczenia, hula 40 stopni ciepła.

Przed strzyżeniem, jak i po, myją mi głowę. Dwa razy. Niby normalka tylko nie przypominam sobie, żeby w męskim salonie w Polsce było to jakimkolwiek standardem. To co się dzieje fotel obok, zaczyna mnie lekko niepokoić. Klient po mojej prawej, dzielnie przechodzi proces depilacji twarzy. Może i by nie było w tym nic przerażającego gdyby nie narzędzie. Nitka. Fryzjer, niczym wprawny rzemieślnik, oplata nią niechciany włos, i wyrywa trzymając jeden jej koniec w zębach. Dopiero później dowiaduje się, że jest to najpopularniejsza, tutejsza forma pozbycia się niechcianego owłosienia – tak dla mężczyzn jak i dla kobiet. Bolesna, ale skuteczna. Jako, że sam nie wiem dokładnie co zamówiłem i co dokładnie mnie czeka, zaczynam niespokojnie wiercić się w fotelu. Obcinanie moich włosów dobiega końca, ale zabawa dopiero ma się rozpocząć. Niebezpieczeństwo przychodzi z najmniej oczekiwanej strony. Fryzjer, którego chwilę wcześniej ochrzciłem swojsko „Mehmet”, macza patyczek zakończony wacikiem w denaturacie, a następnie go podpala. Moje zaintrygowanie sięga zenitu. Nie mam pojęcia w czym ma to pomóc (zaszkodzić?) mojej urodzie. Niespodziewanie płomień ląduje na kilka milisekund w moim uchu. Czuje swąd spalonych włosków, o których istnieniu nawet nie zdawałem sobie sprawy. Jednocześnie jestem pełen podziwu dla tego widowiskowego patentu.

Chwila relaksu. Kolejna herbata. W tym czasie „Mehmet” wraz z młodym pomocnikiem podchodzą do mnie z obu stron, chwytają za ręce i zaczynają masaż, kierując się ku górze, aż do twarzy. Nie miejmy jednak złudzeń. Nie uda nam się załapać na masaż od ponętnej Turczynki. W Turcji fryzjer jest zawodem męskim. Mężczyzna masuje mężczyznę. W kraju gdzie homoseksualista jest traktowany jak trędowaty, dwóch dobrych kolegów potrafi iść ulicą za rękę i nikogo to nie dziwi. Mężczyźni bez kompleksów okazują sobie sympatie i nikt nie doszukuje się w tym żadnych podtekstów – co na pewno stałoby się w „politycznie poprawnej” Europie.

Masaż się skończył, tak więc przyszła pora na zwieńczenie dzieła. Żelowanie. Należy tu nadmienić, iż każdy Turek dba o swoje włosy, bardziej niż o własną dziewczynę, tak więc ostatni etap jest więcej niż obowiązkowy. Dobre pół kilograma żelu ląduje na mojej głowie, po czym „Mehmet” zaczyna układać każdy włos na mojej głowie, ze skupieniem godnym Michała Anioła podczas tworzenia sklepienia kaplicy Sykstyńskiej. To co w efekcie stworzył mój nowy przyjaciel to faktycznie arcydzieło. Każdy włosek, z mojej dotychczas niesfornej czupryny, nagle poznał swoje miejsce i trzyma się go, ani myśląc ruszyć się choć o milimetr.

Jestem zachwycony gościnnością oraz tym co otrzymałem w pakiecie za cenę zwykłego strzyżenia w Polsce, a przede wszystkim INNOŚCIĄ podejścia do swojego zawodu przez tureckiego fryzjera. Mowa tu właśnie o tych marketingowych cechach, wymyślonych jeszcze dawno przed karawanserajami i Jedwabnym Szlakiem, przekazywane i pielęgnowane z ojca na syna aż po dzisiejszy dzień. Nikt nie może wyjść z lokalu nieusatysfakcjonowany, bądź też z przeświadczeniem, że nie poświęcono mu należytej uwagi. To powoduje, że moje skąpstwo nagle zapada w popołudniową drzemkę, a ja daje suty napiwek do i tak przecież niestargowanej (czyli zawyżonej) ceny. Wychodzę z myślą o nie myciu głowy przez najbliższy tydzień, aby nie burzyć tego, co nagle pojawiło się nad moim czołem… i rychłym powrocie w to samo miejsce za miesiąc.

3 komentarze

    • Piotr, 15 lipca 2016, 19:21
    • Autor

    Odpowiedz

    Dość powiedzieć, że wizyta była na tyle emocjonująca, że aż postanowiłem ją opisać. 😉

  1. Odpowiedz

    Czyli jednak obyło się bez depilacji 🙂 Ja już przy momencie podpalania wacika bym spanikowała i uciekła 🙂

  2. Odpowiedz

    Wizyta pozostanie chyba na długo w pamięci 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.